Przejdź do głównej zawartości

Posty

It feels like there's oceans between me and you

Kuźnica. Floryda. Kuźnica. Białystok. Floryda. Cagliari. Białystok. Kraków. Vejle. Kuźnica. Białystok. Warszawa. Moje raptem (i aż!) dwudziestopięcioletnie życie mogłoby się streścić w tych kilku miejscach. Na trasie nabazgranej pospiesznie na mapie. Na (ostatnio) ciągłych przeprowadzkach. Nowych mieszkaniach. Współlokatorach. Pakowaniu. Rozpakowywaniu. Na stresie związanym z każdą przeprowadzką. Z zaczynaniem wszystkiego na nowo. Wolę jednak by zostało opisane we wszystkich znajomościach, które zawarłam pomiędzy jednymi współrzędnymi geograficznymi a drugimi. Pomiędzy jednym rozpakowywaniem walizki, a zapełnianiem jej po raz kolejny. Pomiędzy każdym nieśmiałym ,,cześć" i przyzwyczajaniem się do swoich mniej lub bardziej dziwacznych nawyków. Jako osoba, która została pobłogosławiona grupą stałych przyjaciół nabytych w wieku przedszkolnym, nie sądziłam nigdy, że spotka mnie coś więcej. Bo jestem i tak szczęściarą. Jestem otoczona przez grono ...

I guess I'm too selfish to travel well with other people

Zdawałoby się, że mogłabym napisać stustronnicowy hymn pochwalny na cześć podróżowania, a i tak nie byłabym w stanie opisać nawet połowy korzyści, jakie ono daje (a przy okazji straciłabym większość znajomych, którzy z czystej sympatii chcieliby przebrnąć przez moje wypociny). Nie od dziś wiadomo, że uwielbiam przemieszczanie się z punktu A do punktu B, niezależnie od odległości, jaka jest pomiędzy nimi (choć zwykle jest to stała, wydeptana już dobrze trasa pomiędzy moim pokojem a lodówką). Podróżowanie wyzwala. Wzbogaca. Ukierunkowuje. Otwiera wszelkie wcześniej zamknięte pory i pomaga skórze oraz umysłowi w końcu oddychać. Pokazuje nowe możliwości. Odkrywa emocje. Rozbiera z uprzedzeń i zbyt ciasnego postrzegania świata.  Uczy niezależności.  Obnaża nowe smaki. Zapoczątkowuje  nowe znajomości... Nie bez przyczyny ostatnie stwierdzenie zdaje się zatrzymać gdzieś w czasoprzestrzeni. Zawsze śmieję się, gdy opowiadam komuś o moich planach wyjazdowych. Nie trzeba b...

'Cause life goes on

W życiu każdej niepracownicy roku nadchodzi ten moment, kiedy zaczyna gubić swoje przednie ,,nie", które tak hołubiła i pieściła, odkąd tylko dowiedziała się, że nie idąc do szkoły z powodu mniejszego lub większego bólu głowy, można wyspać się do woli, zjeść śniadanie o 16 i nadrobić zaległości w oglądaniu ,,Czarodziejki z księżyca". Niepracownica zaczyna zdawać sobie sprawę, że tak naprawdę pracuje. Pracuje za trzech, pięciu czy piętnastu, a przynajmniej tak przemęczonym głosem będzie opowiadać innym przez telefon. Bo przecież nie można być tak przemęczonym, pracując tylko i wyłącznie za siebie. I zapominać o nieprzeczytanych wiadomościach. Odwiedzających cię znajomych. Uczesaniu włosów czymś więcej niż tylko palcami. I to przed drzwiami zjeżdżającej po ciebie windy. Która zawiezie cię zaraz na twój open space. Nie można padać na nos i marnować życia tylko dlatego, że wykonujesz swoje obowiązki. Nie godzi się zaniedbywać swoich codziennych powinności. Względem wspó...

She did not have the kind of mind that could be quiet at all.

Niewiele jest rzeczy, których nie znoszę. Poza głośnym przeżuwaniem jedzenia, rozmawianiem w kinie, wpychaniem się w kolejkę, pobrudzoną tłustymi palcami książką czy myciem okien na mojej liście nienawiści znajduje się li i jedynie tuzin innych pozycji, do których nie pałam miłością. Nawet jej ociupiną. Są to, być może, błahostki, które wywołują u mnie jednak szybsze bicie serca (a przy tym udowadniają, że je w ogóle mam!), gęsią skórę, zaczerwienione policzki i chęć rzucania epitetami, na dźwięk których moja mama zwątpiłaby w czas spędzony na moje wychowanie.* I choć nie przepadam za siorbaniem czy komentowaniem fabuły podczas seansu filmowego, jeszcze bardziej nie lubię przedstawiania się i pytań z cyklu ,,Co lubisz?", ,,Jaką jesteś osobą?". Nie uważam, abym potrafiła się szczerze opisać w pięciu zdaniach. Bo czy mówiąc, że jestem towarzyska, ludzie zrozumieją, że jednego dnia budzę się i chcę przytulić kanara w autobusie i opowiadam pani w windzie historię medyczną m...

Save your own skin

Będąc brzdącem, spędzałam godziny, bawiąc się i biegając na zewnątrz. Ze szczególnym upodobaniem wybierałam się  na pobliską górkę, gdzie zimą zjeżdżałam na wypchanych sianem workach, latem obijałam kostki, pedałując zawzięcie na moim różowo-białym rowerku Barbie (wiem, wspominałam już o nim kiedyś, ale hej! nie na każdym dwukołowcu łamie się dziecięce noski) , a jesienią grzałam się przy ognisku i... szukałam jaszczurek. W wieku sześciu lat uważałam wspomniane gady za obślizgłe bóstwa,  które zostały zesłane na ten padół, by zadziwiać wszystkich swoimi supermocami. Z wypiekami na twarzy słuchałam opowieści swoich sąsiadów na temat bliskiego spotkania z tymi niemalże mitycznymi istotami, a raczej z pozostałościami po nich. Nie chciałam zostać księżniczką czy wystąpić w kolejnym odcinku ,,Od przedszkola do Opola". Nie, ja chciałam znaleźć jaszczurzy ogon! Zwierzę gubiące części ciała i mające umiejętności ich odrastania - przecież to lepsze niż bohater niejednej disneyowskie...

Przeklęty klif

Klasa 1-3 szkoły podstawowej: w mojej szafie dominowały kolorowe golfy, swetry robione ręcznie przez moją mamę oraz welurowe getry, które podciągałam śmiało prawie pod obojczyki. Gimnazjum: okres kolorowych kabaretek, ale też spodni, które pomieściłyby w swoich nogawkach hodowlę yorków, łącznie z budami (swoją drogą, chyba nigdy nie widziałam yorka w budzie, czyżby były na to zbyt dumne?) i rocznym zapasem karmy.  1 klasa liceum: bluzy, bluzy, bluzy. Z kapturem, ze stójką, z kieszeniami, bez. Na zamek, wkładane przez głowę. Prawie dwa tuziny sportowych bluz (tak, liczyłam i szczyciłam się tą, w moim przekonaniu, zacną kolekcją). 2 klasa liceum: przerabianie ubrań mamy. Styl na cebulę lub, jak to ujęła kiedyś moja koleżanka, na bezdomnego. Wszystko ze wszystkim. I na wszystkim. Semestr zimowy 2011 rok: byle co, byle było, byle się dopięło. Jadąc na wymianę studencką, obawiałam się, że będę bezbarwna i nijaka wśród jakże stylowych Włoszek. Och, jakże te obawy okazały się bezpo...

I am the passenger

Jestem pasażerem. Każdego dnia podróżuję, nie ruszając się czasami nawet z miejsca (i nie mam tu na myśli ruchu obrotowego ziemi). Podróżuję w swojej głowie do miejsc, których nawet nie śmiałabym odwiedzić. Do których nie wiedziałabym jak w rzeczywistości dotrzeć. Ba! Niektóre z nich nawet nie zostały jeszcze odznaczone przez najwybitniejszych kartografów, a wszędobylski samochodzik Google Maps jeszcze do nich nie dojechał. Przemierzam odległe zakątki, rozciągając granice swojej wyobraźni. Tu zbędna jest jakakolwiek wiza, niepotrzebny jest też paszport. Jedyne, czego mi potrzeba, to otwarty umysł. I choć otwarty umysł jest kluczowy w moim małym niby-podróżowaniu, przydaje się też on w autentycznym przemierzaniu granic. Nie zaszkodzi też odrobina pazerności. I dużo cierpliwości.  Lista wydaje się być absurdalnie krótka. Moje podróżowe must-have to li i jedynie trzy rzeczy. Żeby to! Materialności im brak jak mnie brak umiarkowania w oglądaniu seriali. Trzy cechy. Ot, oto m...