Przejdź do głównej zawartości

Posty

Przeklęty klif

Klasa 1-3 szkoły podstawowej: w mojej szafie dominowały kolorowe golfy, swetry robione ręcznie przez moją mamę oraz welurowe getry, które podciągałam śmiało prawie pod obojczyki. Gimnazjum: okres kolorowych kabaretek, ale też spodni, które pomieściłyby w swoich nogawkach hodowlę yorków, łącznie z budami (swoją drogą, chyba nigdy nie widziałam yorka w budzie, czyżby były na to zbyt dumne?) i rocznym zapasem karmy.  1 klasa liceum: bluzy, bluzy, bluzy. Z kapturem, ze stójką, z kieszeniami, bez. Na zamek, wkładane przez głowę. Prawie dwa tuziny sportowych bluz (tak, liczyłam i szczyciłam się tą, w moim przekonaniu, zacną kolekcją). 2 klasa liceum: przerabianie ubrań mamy. Styl na cebulę lub, jak to ujęła kiedyś moja koleżanka, na bezdomnego. Wszystko ze wszystkim. I na wszystkim. Semestr zimowy 2011 rok: byle co, byle było, byle się dopięło. Jadąc na wymianę studencką, obawiałam się, że będę bezbarwna i nijaka wśród jakże stylowych Włoszek. Och, jakże te obawy okazały się bezpo...

I am the passenger

Jestem pasażerem. Każdego dnia podróżuję, nie ruszając się czasami nawet z miejsca (i nie mam tu na myśli ruchu obrotowego ziemi). Podróżuję w swojej głowie do miejsc, których nawet nie śmiałabym odwiedzić. Do których nie wiedziałabym jak w rzeczywistości dotrzeć. Ba! Niektóre z nich nawet nie zostały jeszcze odznaczone przez najwybitniejszych kartografów, a wszędobylski samochodzik Google Maps jeszcze do nich nie dojechał. Przemierzam odległe zakątki, rozciągając granice swojej wyobraźni. Tu zbędna jest jakakolwiek wiza, niepotrzebny jest też paszport. Jedyne, czego mi potrzeba, to otwarty umysł. I choć otwarty umysł jest kluczowy w moim małym niby-podróżowaniu, przydaje się też on w autentycznym przemierzaniu granic. Nie zaszkodzi też odrobina pazerności. I dużo cierpliwości.  Lista wydaje się być absurdalnie krótka. Moje podróżowe must-have to li i jedynie trzy rzeczy. Żeby to! Materialności im brak jak mnie brak umiarkowania w oglądaniu seriali. Trzy cechy. Ot, oto m...

Baby, don't save me...

W wyfotoszopowanej rzeczywistości nie ma miejsca na pomyłki i uchybienia. Doskonałość i nieskazitelność powinna być serwowana na śniadanie wraz z odtłuszczoną dawką wstydu i solidną dozą pewności siebie. Powinniśmy świecić przykładem i nienagannym uśmiechem, być zapięci na ostatni guzik i ,broń Panie Boże, nie okazywać żadnych słabości. Jednak my wciąż, jak na złość, rodzimy się z koślawymi łokciami i skłonnością do popełniania błędów. I choć robimy wszystko, by ukryć nieatrakcyjny staw łączący ramię z przedramieniem, nosząc dekoracyjne rękawki, smarując ciało śliną aligatora missisipskiego czy też zapisując się na korepetycje z umiejętnego chowania łokci podczas interakcji międzyludzkich, nie robimy sobie nic z nagminnymi pomyłkami. Wiemy doskonale, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki, jednak kolejnym razem wbiegamy wręcz do niej, uparcie twierdząc, że woda nie była ostatnio przecież aż taka chłodna, a grunt nazbyt mulisty. Już w połowie drogi plujemy sobie w brodę, szcz...

Can we go back?

Kiedy byłam mała, za wszelką cenę chciałam być dorosła. Uważałam, że kiedy przekroczę magiczny wiek osiemnastu lat, moje życie stanie się niewypowiedzianie cudowne. Będę sama emanować promienie świetlne, rzucać uroki, zaklinać rzeczywistość szerokim uśmiechem i gromadką dzieci, gotować i piec od rana do nocy z gracją i wdziękiem zarezerwowanym paniom z telewizji. Pragnęłam móc przeklinać, oglądać Beverly Hills 90210 bez nadzoru rodziców i mieć własną szminkę. Z zazdrością spoglądałam na starsze kuzynki, które były tak blisko nieskalanej perfekcji. Pragnęłam tak jak one nosić obcasy, wychodzić sama wieczorami i gardzić zabawkami. Pod nieobecność rodziców zakradałam się do ich sypialni i przymierzałam mamine sukienki, odliczając dni, kiedy w końcu będą na mnie pasować. Obwieszałam się sznurami korali, myśląc, że to na tym polega dorosłość. Dziś, mając 24 lata, oddałabym wszystko, aby wrócić do czasów, gdy jedynym zmartwieniem była nauka poprawnego wymawiania ,,sz" i  unikanie ...

"You is kind. You is smart. You is important."*

W życiu każdej niepracownicy bądź niepracownika roku nadchodzi ten jakże niespodziewany, a jednak wyczekiwany moment, gdy pomiędzy środową a czwartkową nudą dzwoni telefon. I nie jest to miły, lecz jakże uparty pan proponujący nową usługę bankową, koleżanka, która chce nadrobić towarzyskie zaległości czy zniecierpliwiony członek rodziny, który czeka już jakiś czas na  naszą wiadomość, a potencjalny pracodawca (bądź miła pani sekretarka lub HRowiec). Gdy pierwsze emocje opadną i uda nam się opanować zaskoczenie na tyle, by w miarę zrozumiale i trzeźwo przeprowadzić rozmowę, jednocześnie próbując sobie przypomnieć, czym zajmuje się firma, do której aplikowaliśmy, zostaniemy zaproszeni na rozmowę kwalifikacyjną. Po przybiciu sobie mentalnej piątki i odtańczeniu rytualnego tańca bezrobotnych, nagle pojawia się pytanie: i co teraz? Oczywiście lecimy na oślep w kierunku szafy, w nadziei, że wydobędziemy z niej coś, co w magiczny sposób przemieni nas w odpowiedzialnego i godnego zauf...

Ten obcy

Jestem mistrzynią nieistotnych zapisków. Potrafię w mgnieniu oka sporządzić piętnaście nikomu niepotrzebnych list, ułożyć nowe słowa do dobrze znanej piosenki, koślawie nagryzmolić na wierzchu dłoni słowo, które właśnie zupełnie nieświadomie utworzył bystry trzylatek, przekręcając dobrze znany wyraz. Doktoryzuję się wręcz w skrupulatnym uzupełnianiu kalendarza błahymi informacjami, wklejaniu tam skasowanych biletów, zgniecionych liścików podawanych naprędce, po kryjomu, aby nikt nie domyślił się drzemiącego w nich romantyzmu, przypinaniu absurdalnych ulotek reklamujących martwe motyle, zachowywaniu paragonów, które opiewają na zawrotną sumę trzech tysięcy i dokumentują rzekomy zakup 77 wiader, kiedy tak naprawdę była to li i jedynie drożdżówka kupiona podczas przerwy między zajęciami. Zapisuję niemalże wszystko. Od liczb, dziwnych napisów na znakach drogowych, dokładnych rozmów kwalifikacyjnych po cytaty, które w jakikolwiek sposób mnie poruszyły lub odzwierciedlają moje poglądy/sytua...

Moje eldorado

Tysiące wirtualnych i rzeczywistych głosów powtarzają mi, że to mój czas. Mój rok. Mój dzień. Moje eldorado. To właśnie teraz mam być szczęśliwa i spełniona. Najlepiej jeszcze mam się uśmiechać w rozmiarze XS, otoczona tłumem przyjaciół i adoratorów, pomiędzy imprezą dekady a lotem na Fiji. Mam napawać się wegańską rzeczywistością i popijać to wszystko bezalkoholowym Dostojewskim. A w międzyczasie zdobywać kolejny szczyt. Bądź surfować. Ja natomiast surfuję jedynie w swoim wyimaginowanym świecie, gdzie czekolada nie tuczy, monotematyczne seriale nie wciągają, kac działa kojąco na moją cerę i morale, byczenie się w domu to najbardziej wyrafinowana forma rozrywki, a wszelkie prace i obowiązki są już dawno odhaczone z mojej listy. I nie jestem nadal jedyną singielką w towarzystwie. Od najmłodszych lat media karmiły mnie wizerunkiem wyidealizowanego świata. Każdy przyuliczny billboard kusił mnie nieskazitelnym życiem wśród nieskalanej niczym biel...