Przejdź do głównej zawartości

Posty

O Niej i Kubie słów kilka. Lub więcej.

Siedzieliśmy na nagrzanej jeszcze południowym słońcem ławce. Pamiętam do dziś z jaką łatwością schodziła z niej biała, łuszcząca się niczym skóra węża farba. Nie pamiętam tylko, czy zdzierałam ją z nudów czy ze zdenerwowania. Nie lubię tłumów, zbytniej bliskości nieznanych mi ludzi. Ich bezczelności w siadaniu 3 cm od mojej ręki, kiedy cztery rzędy dalej są wolne miejsca i lepsze widoki. Ich głośnego przechwalania się czymś zupełnie pozbawionego powodu do dumy. Jednak trudno było mi wtedy zaznać odrobiny spokoju wśród tuzinów ludzi, którzy wylęgli niczym otępiałe zombie ze swojej pracy, zachłanni, by złapać pierwsze wtedy prawdziwe promienie słoneczne. By napawać się czymś innym niż szarością ulicznego betonu i granatem korporacyjnej wykładziny. Właściwie nie powinnam im się dziwić, sama należałam wtedy do podgatunku człowieka, w którego oczach znajdziesz tylko promieniowanie pracowego komputera i ciche wołanie o odrobinę wolności.
Siedzieliśmy tak, udając, że rozmowa się klei i że b…
Najnowsze posty

You fall in love with people's minds.

Żyjemy w czasach, gdzie mianem tragedii określany jest niski stan baterii w telefonie, a palpitacji serca dostajemy na samo wyrażenie ,,słabe wifi". Podróżujemy nie z czystej ciekawości i chęci przygody, a by zapełnić czymś nasze zbyt blade i nijakie konto na Instagramie. Wychodzimy ze znajomymi do nowej knajpki, by przez trzy czwarte spędzanego tam czasu patrzeć nieprzytomnie w ekran swojego smartfona i oberwować życie innych. Krzywimy się tylko, gdy jakiś obcy podejdzie do nas, by spytać o drogę i tym samym przymusi nas do wyjęcia słuchawek z uszu, a co gorsza do tak bardzo niechcianej wymiany zdań.
Bo to, zdaje się, boli nas najbardziej.  Rozmowa z drugim człowiekiem.  Poparta szczerą chęcią poznania drugiej osoby, zainteresowaniem rozmówcą, wzbogacona o kontakt wzrokowy. Emocje. Śmiech. Reakcję alergiczną twarzy na głupoty wypowiadane przez naszego towarzysza. Inteligentną ironię. Dyskusję. Rozmowę wymagającą od nas czegoś więcej niż cichego przytakiwania. I niekończącą się …

I'm in love with cities I've never been and people I've never met

29 sierpnia 1990 roku. Piękna, słoneczna środa, a przynajmniej taką zwykłam sobie ją wyobrażać. Ciśnienie atmosferyczne wyśnione przez meteopatów, a wiatr rozwiewa dziewojom grzywki z właściwej strony. Michael Jackson kończy właśnie 32 lata i drapie się nieśmiało po twarzy muśniętej już dziesięciokrotnie chirurgicznym skalpelem. Ostrożnie, by nie zgubić lewego płatka nosa i nie stracić dobrego profilu do zdjęć. Jednocześnie w sokólskim szpitalu oddalonym jedynie mile świetlne od cywilizacji i czyichkolwiek marzeń rodzę się ja. Znaków szczególnych brak. Wygadanie przyszło z czasem. Uzależnienie do słodyczy i mieszania sobie w życiu też.
Z wiekiem zostałam mistrzem bawienia się w chowanego i wykrzykiwania lokalizacji, pod którą pod żadnym pretekstem nie należy mnie szukać. Najlepszym obijaczem kostek o pedały zbyt małego już rowerku Barbie, ale zbyt uroczego, by go porzucić na rzecz czerwonego składaka. Maestro pianina i idealnego grania ,,Wino musi być" bez znania nut. Najbardzie…

Truman/Zdziszek show

Codziennie idąc na tramwaj, który zawiezie mnie do boskiego przybytku, zwanego potocznie biurem, mijam zakład fryzjerski. Niby nic wielkiego. Ot, góra 20 m kwadratowych przestrzeni. Bez wielkich nazwisk. Bez kasy fiskalnej. Bez reklam L'Oreala czy szczotek z końskim włosiem za pięć wypłat typowego Polaka.
Trzy wyglądające na całkiem wygodne fotele. Trzy lustra.

Jakiś pseudobukiet kwiatów dla ocieplenia surowego wnętrza.


Niby nic niezwykłego, a jednak za każdym razem przykuwa moją uwagę.


Zamiast zająć się obserowaniem mijanych i jakże zaspanych jeszcze przechodniów czy kontemplowaniem krzywo ułożonej kostki chodnikowej, ja codziennie z niezwykłą (i nigdy niesłabnącą) ciekawością zaglądam przez szybę wspomnianego salonu. I za każdym razem ukazuje mi się ten sam obrazek.
Pan Zdziszek (nie mam zielonego pojęcia, czy tak ochrzczono go w roku pańskim '48, a zbyt leniwa jestem, by sprawdzić to gdziekolwiek w szero pojętym świecie internetowym, ale idealnie nadaje się na pana Zdziszk…

It’s all messy: the hair, the bed, the words, the heart. Life.

Jestem milleniansem, bratanicą Googla i dzieckiem korpo. Znam na pamięć wszystkie filtry Instagrama (choć nie ma tu czym się chwalić), próbowałam już wszystkich rodzajów mleka bezlaktozowego, umiem przedstawić się w co najmniej sześciu językach (html nie liczę), zrozumiałam w końcu pojęcie debriefingu, swój rozwój osobisty stawiam na najwyższym miejscu podium (choć wciąż jeszcze muszę stać na palcach, żeby go dosięgnąć). Wydawałoby się zatem, że zjadłam już wszystkie rozumy i mogę zuchwało kroczyć przed siebie, w przekonaniu, że jestem człowiekiem i nic co ludzkie nie jest mi obce.
A jednak...

Chociaż moją mocną stroną jest empatia, a nowe znajomości nawiązuję z łatwością z jaką narkoleptycy popadają w co pięciominutową drzemkę, wciąż nie rozumiem praw, jakimi rządzi się randkowanie.


Nie zrozumcie mnie źle. Nie jestem leniwcem.

Jak prawdziwe dziecko czynu przeczytałam niezbędną literaturę (i nie mówię tu o magicznych stronach Cosmo czy jeszcze innego magazynu aspirującego na zostanie…

..and a happy New Year!

Nowy Rok.
Nowe wyzwania. Nadzieje. Bolączki. Gorączki. Radości. Szybsze podskoki serca.

Jedni na pewno schudną do wymarzonego rozmiaru minus 34, aby ze wzmożonym ślinotokiem przyglądać się przez szybę cukiernianym pączkom lub czemukolwiek, co w ogóle ma kalorie i smak.
Inni zapewne zapiszą się na kurs reorganizacji szafy i po 3 lekcjach odkryją, że ich garderoba liczy zbyt wiele skarpet w groszki.
Ktoś może spakuje swoją walizkę, zostawiając wszystko, co złe, niedobre i smutne za sobą (przynajmniej do czasu turnusu powrotnego).
Może tamci państwo zamiast skakać sobie do gardeł w końcu skoczą po rozum do głowy i zawrą pakt o nieagresji. I uszanują go trochę dłużej niż do kolejnego kontaktu.
Jakiś pan może postanowi oświadczyć się tej pani i spędzi kolejne 12 miesięcy na przygotowanie swojego budżetu na ten romantyczny poryw serca (i portfela).
Ta pani może zda sobie sprawę, że była zbyt krytyczna i samolubna, wytykając mu, że zostawia niezmienne zużyte herbaciane torebki na blacie sto…

You have to be your own superhero in this life where the supervillain is yourself too

Pamiętam, gdy 1 stycznia b.r. obudziłam się o poranku (tak, dobrze czytasz, o poranku, bo któż inny może wstać o świcie w dniu, który dla innych jest tylko przedłużeniem wcześniejszych harców, poszampańskiej czkawki i początkiem okrutnego kaca, jak nie ja?), myśląc sobie: ,,to będzie mój rok". Pamiętam też dokładnie jak parę dni później do mojego niecnego planu wkradła się okrutna rzeczywistość i potraktowała mnie głośnym i jakże bolesnym plaskaczem. A potem jeszcze dodatkowym kopniakiem w piszczel.
Dziś, prawie dwanaście miesięcy później, lekko posiniaczona i potargana (nie wiedząc dokładnie czy przez życie, czy może przez ciągłe obijanie się o bliżej nieokreślone rzeczy materialne na mojej drodze i wieczne nienoszenie czapki - mamo, wybacz!) mogę śmiało stwierdzić: Tak, to był mój rok. Chociaż wysmarkałam zapewne zaplecze hurtowni produkującej chusteczki higieniczne, stałam się idealnym modelem do prezentowania jak stres wpływa na zmianę włókien kolagenowych i powstawanie nowy…